MIKE OLDFIELD „Tubular Bells (50th Anniversary Edition)”. Recenzja

26 maja 2023 roku do sklepów trafiła rocznicowa wersja albumu Mike’a Oldfielda, zatytułowana „Tubular Bells (50th Anniversary Edition)”

W 1973 niemal zupełnie nieznany, dziewiętnastoletni muzyk, MIKE OLDFIELD, wydał swój debiut będący pierwszym tytułem w nowopowstałej wytwórni Virgin Records. Krążek wyszedł zaledwie dziesięć dni po 20. urodzinach muzyka (!). Płyta „Tubular Bells” stała się fenomenem lądując na topie listy przebojów w Wielkiej Brytanii, zdobywając nagrodę Grammy i trafiając do ścieżki filmowej „Egzorcysta” („The Exorcist”, reż. William Friedkin, 1973), który również stał się globalnym fenomenem.

Od premiery ukazało się kilka kolejnych części płyty: Tubular Bells II (1992), Tubular Bells III (1998), The Millennium Bell (1999) oraz Tubular Bells 2003, które zostało ponownie nagrane cyfrowo. Pod koniec maja br. minęło dokładnie 50 lat od premiery debiutanckiej płyty Mike’a Oldfielda. Z okazji tego jubileuszu, do sprzedaży trafiła specjalna wersja tego albumu, „Tubular Bells (50th Anniversary Edition)”.

tekst WOJCIECH PACUŁA
zdjęcia  „High Fidelity” | Wikipedia | mat. prasowe

MIKE OLDFIELD „Tubular Bells (50th Anniversary Edition)”

Wydawca: Mercury/Universal Music Recordings UICY-16155
Format: SHM-CD, CD, 2 x LP, FLAC, FLAC MQA
Premiera/remaster: 1973/26 maja 2023
Słuchał: WOJCIECH PACUŁA

Jakość dźwięku: 8/10

www.MERCURYRECORDS.com
 
Muzyk

Michael Gordon Oldfield pochodzi z muzykalnej rodziny, jednak i sam wykazywał talent muzyczny już jako dziecko. W wieku lat 12  grał muzykę folkową w pubach w Reading, a mając lat 16 był jednym z bardziej znanych gitarzystów tego typu muzyki na scenach Londynu. Karierę rozpoczynał jako nastolatek w Sallyangien fokowym zespole swojej siostry, Sally, grając na gitarze. Zanim wydała ona swoją płytę ściągnął go do siebie jego brat, Terry, tym razem do zespołu rockowego Barefoot. Szybko jednak Mike zapragnął iść własną drogą.

W okolicach roku 1970, tak się przynajmniej podaje we wszystkich źródłach, rozpoczyna pracę nad rozbudowaną kompozycją, którą nazwie Opus One. Megalomańskie z tytułu dzieło miało dobre otoczenie muzyczne. Nadszedł bowiem czas długich suit i rocka progresywnego. King Crimson w ciągu dwóch lat wydał trzy wspaniałe albumy: In the Court of the Crimson King (1969), In the Wake of Poseidon (1970) oraz Lizard (1970), Yes w tym samym czasie dwie ważne płyty: Yes (1969) i Time and a Word (1970), kariera Pink Floyd, dzięki Atom Heart Mother (1970), przyspieszyła, a Genesis z dwoma pierwszymi albumami – 1969 i 1970 – dało świadectwo swoich ambicji.

˻ PROGRAM ˺
  1. Tubular Bells – Part One
  2. Tubular Bells – Part Two
  3. Tubular Bells 4 Intro (previously unreleased demo 2017)
  4. Tubular Bells/In Dulci Jubilo (Music for the Opening Ceremony of the London 2012 Olympic Games)
  5. Tubular Bells (Mike Oldfield & YORK Remix)
Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM

Pracę nad albumem rozpoczął w wynajętym mieszkaniu na pożyczonym, dwuścieżkowym magnetofonie ¼” Bang & Olufsen Beocord. wiadomo że zarejestrował na nim 25 minut muzyki grając na wielu instrumentach, które zaczął wówczas z pasją kolekcjonować. Magnetofon pożyczył mu Kevin Ayers, były członek zespołu Soft Machine, który z Oldfieldem nagrał wcześniej dwa albumy. Shooting at the Moon (1970) i Whatevershebringswesing (1971). Magazynowi „Sound On Sound” mówił:

Modyfikując maszynę Bang & Olufsen za pomocą szczypiec do drutu i taśmy klejącej, aby zablokować głowicę kasującą, byłem w stanie przeskakiwać z jednej ścieżki do drugiej, dodając linię basu, nagrywając dźwięk na dźwięku (technika ta nazywa się „sound-on-sound” – red.), a także dzwonić na małych dziecięcych dzwoneczkach, których używamy na scenie w zespole Kevina Ayersa. To później przekształciło się w powtarzający się utwór na fortepian i dzwonek Exorcist, który często słychać w Halloween.
RICHARD BUSKIN, Classic Tracks: Mike Oldfield ‘Tubular Bells’, → www.SOUNDONSOUND.com, kwiecień 2013, dostęp: 03.07.2023.

Muzyk był wówczas zafascynowany karierą Terry’ego Riley’a, awangardowego kompozytora, eksperymentującego z syntezatorami. Strona internetowa zespołu Opus One wykonującego utwory Oldfielda w aranżacji na chór sugeruje, że bezpośrednią inspiracją do powstania Tubilar Bells były nie, wspomniane, zespoły prog-rockowe, a utwór A Rainbow in the Curved Air Riley’a oraz muzyka J. S. Bacha (więcej → TUTAJ, dostęp: 03.07.2023). To oczywista przesada, próba dopisania do historii albumu nobilitujących go szczegółów. Mam wrażenie, że ważne były różne elementy, i awangarda syntezatorowa, i muzyka progresywna, i muzyka klasyczna.

 

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM

Z nagranym rzez siebie demo Oldfield odwiedzał kolejne wydawnictwa, jednak żadne z nich nie było zainteresowane, jak mówiono, tak „niekomercyjną” muzyką. Udało się dopiero w 1972 roku, kiedy zainteresował się nim RICHARD BRANSON. Wikipedia pisze o nim:

Richard Charles Nicholas Branson (ur. 18 lipca 1950 w Londynie) – brytyjski przedsiębiorca, miliarder, twórca obejmującej ponad 400 firm Virgin Group. W rankingu z roku 2016 magazyn Forbes wyceniał jego majątek na 4,9 miliardów dolarów.
⸜ hasło: ‘RICHARD BRANSON’, → pl.WIKIPEDIA.org, dostęp: 03.07.2023.

Pierwsze większe pieniądze zarobił zakładając z kolegami sklep muzyczny i sprzedając wysyłkowo płyty taniej niż konkurencja. Sklep został nazwany Virgin. Jak czytamy, chodziło o to, że Branson i jego koledzy byli w biznesie „dziewicami”. A biznes ten okazał się sukcesem, czemu nie przeszkodziły nawet przesłuchania w związku z oszustwem – płyty sprzedawane w sklepach Virgin były zadeklarowane jako towar eksportowy, a mimo to sprzedawane były w Anglii. Branson poszedł na ugodę, zapłacił grzywnę, a i to wystarczyło mu pieniędzy na założenie, wraz z Nickiem Powellem, wytwórni płytowej – Virgin Records. Stała się ona kamieniem węgielnym jego wielomiliardowego biznesu.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM

Musiał mieć nosa do interesów, bo pierwszym tytułem, który ukazał się z charakterystycznym logo oraz wyklejką ukazującą dwie nagie postaci kobiece (identyfikuje się je jako znak zodiaku – „bliźniaczki”), był album Tubullar Bells, noszący numer katalogowy V2001. A logo na wyklejce zaprojektował nie kto inny, jak ROGER DEAN, artysta odpowiedzialny za okładki zespołów Yes, Uriah Heep, Asia i Budgie.

Sukces albumu, zarówno komercyjny jak i artystyczny, zaskoczył chyba wszystkich. Oldfield stał się gwiazdą, w niezwykle pomysłowy sposób wykorzystując elementy art rocka oraz ludowe motywy o celtyckim rodowodzie. A był to również czas, w którym w siłę rosła grupa muzyków związanych z elektroniką, takich jak  Tangerine Dream i Kraftwerk, którzy wyrośli ponad wczesną fazę nurtu określanego jako krautrock.

Instrumentalny album zawierający wyłącznie dwa ponad dwudziestominutowe kompozycje z początku nie spotkał się z dużym zainteresowaniem i sprzedaż rosła powoli. Po kilku miesiąca była już jednak na siódmym miejscu brytyjskiej listy przebojów, a jego popularność jeszcze bardziej wzrosła pod koniec roku, po tym gdy muzykę z płyty wykorzystano w filmie Egzorcysta. Od czasu premiery płyta spędziła ponad dwieście osiemdziesiąt tygodni na brytyjskiej liście przebojów, w tym 74 w pierwszej dziesiątce. Od lipca do listopada 1974 nie wypadła z pierwszej trójki, a jeden tydzień spędziła na pierwszym miejscu. Fragment pierwszego utworu z płyty użyty w Egzorcyście przyniósł Oldfieldowi nie tylko rozgłos ale i nagrodę GRAMMY w kategorii Najlepsza kompozycja instrumentalna. W 2018 roku płytę Tubular Bells wprowadzono do Grammy Hall of Fame. Przez lata album sprzedał się na całym świecie w około 15 milionach egzemplarzy. W latach 90. XX wieku ukazały się trzy kolejne płyty z tej serii, a wcześniej pojawiła się wersja orkiestrowa.

Nagranie

Dzwony rurowe swoje powstanie zawdzięczają, wspomnianemu, utworowi Opus One. Pierwszy szkic powstał w warunkach domowych, jednak w 1972 roku Branson zaproponował mu tydzień czasu studyjnego w jego studiu MANOR. Mieściło się ono w rezydencji ziemiańskiej położonej w Shipton-on-Cherwell w Oxfordshire; siedziby tego typu nosiły nazwę ‘manor house’. Studio zostało zaprojektowane przez TOMA NEWMANA oraz SIMONA HEYWORTHA; Newman został producentem albumu Oldfielda, a Heyworth zajął się rejestracją dźwięku.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM
⸜ Widok na XVI-wieczny budynek w którym urządzono studio Manor • foto JacoTen, Wikipedia Commons

Otwarte w 1971 roku studio Manor było zaledwie drugą tego typu inwestycją, to jest studiem mieszczącym się w danej rezydencji („residential studio”), w UK. Posiadłość miała powierzchnię 35 akrów i XVI-wieczny budynek z kamienia. Autor monografii The Great British Studios mówi, że ciekawostką było to, że początkowo nie mogło ono działać ze względu na obiekcje sąsiadów, którzy powiadamiali policję jeśli sesje się przedłużały. Problemy skończyły się, kiedy zamontowano specjalny guzik naciskany przez zatrudnioną do tego straż, mającą wyglądać policjantów. Po podniesieniu alarmu nagrania wyłączano, a muzycy i technicy zbierali się wokół kuchennego stołu, udając gości przyjęcia.

Samo studio mieściło się w dawnym domu trenera koni, które później zamieniono na zadaszony kort do squasha. Na biegnących wokół wnętrza balkonikach umieszczono mniejsze pokoje do nagrywania. Podstawą studia był 16-ścieżkowy magnetofon Ampex MM 1000 oraz lampowy, stereofoniczny Ampex do masteringu, model 300, czyli dokładnie taki sam, jaki miał u siebie Rudy Van Gelder. To ciekawe, ale Maron było jednym z tych studiów, które pracowały z amerykańskimi, a nie brytyjskimi magnetofonami. W studiu znajdowały się również korektory szumów Dolby, jednak nie wiadomo, czy dotyczyło to tylko magnetofonu masteringowego, czy również wielościeżkowego.

Konsola dysponowała 20 wejściami i 16 wyjściami i została wykonana przez nieznaną szerzej firmę Walsall Timing Develompments. Była to konsola typu PA, a więc do koncertów, a mimo to przez wiele lat pozostała na wyposażeniu studia. Odsłuchy prowadzono za pomocą kolumn JBL 4320, a więc znowu za pomocą produktu amerykańskiego

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM
⸜ Kolumny JBL 4320 • foto → HIFI24.com

Nagrania rozpoczęto od fortepianu, który jednak nie mógł się zsynchronizować z pozostałymi instrumentami. Rozwiązano to dopiero wprowadzając metronom. Znacznie prościej było z ikonicznymi dzwonami rurowymi:

[Dzwony] pojawiają się w cichej sekcji w środku Part One, a potem, kiedy dochodziłem do zakończenia Part One na bazie tego szybkiego riffu basowego. Chciałem wprowadzić instrumenty po jednym w kolejności, w jakiej się pojawiały – obsada nagrania w kolejności pojawiania się. Moja tygodniowa sesja dobiegała końca, a zespół Bonzo Dog Doo-Dah miał rozpocząć nagrania w studiu następnego dnia. Tak więc, ponieważ członkowie grupy już tam byli, poprosiłem Viva Stanshalla – który był nieco bardziej wykończony z powodu alkoholu, ale wciąż prawie był w stanie ustać na nogach – czy mógłby służyć jako mistrz ceremonii i przedstawić instrumenty.
RICHARD BUSKIN, dz. cyt.

Prościej nie znaczy, że prosto. Jak wspomina muzyk, ponieważ do zestawu dołączony był mały młotek, poprosił o większy i ktoś przyniósł mu taki do wbijania gwoździ. Ale wciąż nie był zadowolony. Ostatecznie uderzał w dzwony wielkim młotem, który wyglądał, jakby został przyniesiony wprost z kuźni. Tom Newman nagrał dźwięk rur mikrofonem lampowym Neumanna. Jak wszystko inne na albumie, jego ścieżka została zarejestrowana za jednym podejściem – jedynym wyjątkiem, jak mówi Oldfield, są dwa ujęcia „jaskiniowca”, „dlatego na płycie jest tak wiele błędów w postaci niewłaściwych nut, fragmentów, które są rozstrojone i itd.”:

Chociaż ich dźwięk był zniekształcony, to zniekształcenie było częścią całego efektu. Jednak kilka lat później jakiś inżynier, niech pozostanie bezimienny, przekonał mnie, abym wymazał to uderzenie młotkiem i zastąpił je czystym, które w ogóle się nie sprawdziło. Do dziś oryginalna ścieżka z dzwonami rurowymi się nie odnalazła z powodu tego purystycznego podejścia polegającego na unikaniu wszelkich zniekształceń i naprawdę mógłbym udusić tego faceta za upieranie się przy tym, że wszystko wie najlepiej. Jedyne miejsce, w którym można usłyszeć oryginalny dźwięk, znajduje się na stereofonicznej taśmie „master”; nie ma go już na taśmie wielościeżkowej.
W rezultacie to, co usłyszycie na zremiksowanym albumie z 2009 roku, to cicha wersja, która pojawiła się mniej więcej w połowie Part One, podrasowana przeze mnie i połączona z samplem dwuścieżkowego „mastera”, tylko po to, żeby uzyskać ćwierć sekundy tego zniekształcenia na krawędzi dzwonów. Jednak chociaż jest to harmonicznie poprawne, to wciąż nie jest tak dobre jak oryginał.
⸜ dz. cyt.

Oldfield zagrał na większości instrumentów, dogrywając je kolejno do pierwszego na taśmie fortepianu, po czym zgrywał ścieżki do stereo i nagrywał kolejne. Jak się pisze, w nagraniu jest aż 274 nakładek z około tysiącem „punch-ins”, czyli „dogrywek” na ścieżce z już nagranym materiałem. Newman tonował te rewelacje, mówiąc o najwyżej 70-80 ścieżkach, co i tak było rzeczą wówczas niespotykaną. W nagraniu wykorzystano wiele różnych gitar, ale jedyną elektryczną był, pochodzący z 1966 roku, Fender Telecaster, który wcześniej należał do Marca Bolana z zespołu T. Rex. Gitary zostały zarejestrowane bez wzmacniaczy, bezpośrednio do konsoli mikserskiej.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM
⸜ Reżyserka studia Maron, ale z połowy lat 70., już z mikserem firmy Helios • foto broszura reklamowa Helios
Wydanie

Wersja wydana z okazji 50-lecia Tubular Bells dostępna jest na jednej płycie CD oraz dwóch winylowych, z oczywistymi streamami , na przykład w serwisie Tidal. Wiadomo, że specjalnie na tę okazję oryginalny materiał został przygotowany na nowo w Abbey Road przez MILESA SHOWELLA (to człowiek, który masterował wiele płyt wydawnictwa AC Records), z wykorzystaniem techniki half-speed mastering. To wersja LP. Niestety nie znajdziemy nigdzie informacji o tym, kto wykonał nowy master dla wersji cyfrowych – CD i plików.

Na Tubular Bells (50th Anniversary Edition) znalazło się także niepublikowane wcześniej demo z 2017 roku – Tubular Bells 4 Intro, Tubular Bells/In Dulci Jubilo, muzyka z otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Londynie w 2012 roku, oraz remiks będący owocem współpracy z niemieckim duetem York. Wersja 2LP zawierać będzie dodatkowo utwór Tubular X nagrany przez Mike’a na album powiązany z serialem Z archiwum X oraz singiel z tematem głównym. 

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM
⸜ Oryginalna wyklejka plyty LP z pierwszym logo wytwórni Virgin

Dostępna jest też wersja Blu-ray Pure Audio z oryginalnym miksem i miksami przestrzennymi Dolby Atmos. Wydana ekskluzywnie przez portal SuperDeluxeEdition przynosi:

  • Tubular Bells – 2023 David Kosten Dolby Atmos Mix*
  • Tubular Bells – 2009 Mike Oldfield 5.1 Surround Mix
  • Tubular Bells – 1975 Quad Mix
  • Tubular Bells Intro Edit – 2023 David Kosten Dolby Atmos Mix*
  • Tubular Bells – 2023 David Kosten Stereo Mix (48/24)*
  • Tubular Bells – 1973 Original Stereo Mix (96/24)
  • Tubular Bells Intro Edit – 2023 David Kosten Stereo Mix (48/24)*
  • Tubular Bells 4 Intro – Demo (48/24)

* dostępne tylko w tej wersji

Odsłuch

Nowa wersja Tubular Bells porównywana była do dwóch innych płyt CD. Pierwszą był krążek wydany w 2004 roku w Japonii z remasterem samego SIMONA HEYWORTHA, który ukazał się w serii „Virgin Charisma Paper Sleeve Series”. Drugim jest, ultymatywna do niedawna wersja, czyli Platinum SHM-CD. W 2011 roku RICHARD WHITTAKER oraz YUMETOKI SUZUKI zgrali materiał z oryginalnej, stereofonicznej taśmy „master” do plików DSD. Sygnał został skonwertowany następnie do PCM 24/172,4 i zamieniony w „locie”, w tłoczni, do 16/44,1; technikę tę nazwano HR Cutting. Płyta ukazała się w 2013 roku.

˻ 2004 ˺

Master z 2004 roku ma bardzo ładną barwę, prawdę mówiąc już zapomniałem, jak dobrze brzmi. Jego dźwięk jest świetnie dociążony i bas ma głębię i fajną miękkość. Efekty, jak charakterystyczne uderzenie, po raz pierwszy słyszane w 1:55 ˻ 1 ˺, czy dźwięk w 2:05, w lewym kanale, przypominający małe pianino, tzw. „honky-tonk”, fragment dodany na cześć babci Oldfielda, grającej na tym instrumencie w pubach podczas II wojny światowej,  wszystko to jest gęste i nieco spatynowane. Czyli: energetyczne, ale z naciskiem na średnie tony. Mimo to góra tego nagrania jest ciepłą, nieco wycofana. Wchodząca w 3:42 gitara, złożona z dwóch ścieżek w lewym i prawym kanale miała ciepły, przyjemny charakter. Chwilowe forte w 4:13 był oddane dynamicznie, bez rozjaśnień.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM
⸜ Japońskie wydanie „mini LP” z 2004 roku

Grana flażoletami gitara otwierająca drugi na płycie utwór ˻ 2 ˺ potwierdziła to, co słyszałem wcześniej. A słyszałem ciepły, ale energetyczny przekaz. Scena dźwiękowa wciągnie nie była szczególnie szeroka, pomimo że przecież większość instrumentów rozkładana jest w tym nagraniu szeroko. Za to głębia była naprawdę niezła. To nie jest nagranie o selektywnym wydzieleniu planów, bo te łączą się we wspólnej przestrzeni.

˻2013 ˺

Wydana w  2013 roku wersja Platinum SHM-CD od razu wydaje się mieć balans tonalny położony wyżej. Dzwoneczki grające podkład są z nią jaśniejsze i wyraźniejsze ˻ 1 ˺. Także efekt o którym wspominałem, jakby przecinania powietrza masą dźwięku, był mniej spatynowany. Ale też wcale nie był przez to wyraźniejszy. Wydaje mi się, że przesunięcie balansu w górę nie wyszło tej płycie na dobre. Bas nie był już tak mocny i gęsty, a całość miała mniejszy wolumen. Tak, dźwięk jest z Platinum SHM-CD wyraźniejszy i bardziej klarowny, a bas ma lepszą definicję. Coś jednak zniknęło, dzięki czemu wcześniejsza wersja miała w sobie jakiś „czar”, była po prostu przyjemna.

Zaletą tego wydania jest lepsze różnicowanie instrumentów na scenie. O ile wcześniej były one  w swego rodzaju „kokonie”, to teraz różnicują się one na sporej przestrzeni. No i atak też jest lepszy. Uderzające po raz pierwszy w 4:18 dzwony rurowe są tutaj mocniejsze i bardziej wyraziste. Z kolei energetyczność, takie mam wrażenie, jest mniejsza. Powinno być odwrotnie, duża ilość szczegółów i detali powinna „podbić” energię. A tutaj energię podbijała gęstość poprzedniej wersji.

Flażolety z drugiego utworu na płycie, Tubular Bells – Part Two ˻ 2 ˺, były tu wyraźniejsze i mocniejsze. Także wchodząca pod koniec pierwszej minuty wokaliza pokazana została lepiej, mocniej. Cały przekaz jest jednak mocniej wycofany w głąb sceny. Poprzednia wersja pokazuje wszystko bliżej nas, może przez większą kompresję, albo przez cieplejszą barwę.

˻ 2023 ˺

Już pierwsze dźwięki fortepianu na początku Tubular Bells – Part One ˻ 1 ˺  odróżniają tę wersję od obydwu poprzednich. Słychać w nich znacznie więcej informacji z wyższego basu, pochodzących, jak mi się wydaje, z samego fortepianu Steinway’a na którym były one grane. Teraz słychać, że wcześniej je odfiltrowywano. Barwowo bliżej tej wersji do Platinum SHM-CD, choć nie są one tożsame. A to dlatego, że głębia basu i jego barwa ma więcej z wersji Compact Disc z roku 2004. Uderzenie w dzwony jest tu równie dźwięczne i energetyczne, ale całość ma większą głębię, jakby instrumenty otrzymały trzeci wymiar.

Kiedy w 5:25 odzywają się daleko w głąb sceny dźwięki ksyofonu są one znacznie czystsze niż na obydwu wcześniejszych wersjach i mają znacznie lepiej oddany pogłos. No i bas pod nimi jest tu mocniejszy. A to uderzenie w 6:06 w lewym kanale! Ma ono piękną fakturę, jest wielowymiarowe. Także gitara elektryczna z charakterystycznym efektem znanym z gitar zespołów psychodelicznych lat 70. ma o wiele lepszą barwę.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM
⸜ Wersja Platinum SHM-CD z 2013 roku

Najlepiej klasę nowego remiksu oddaje fakt, że wprowadzanie do dźwięku kolejnych instrumentów powoduje nie tylko to, że dźwięk jest głośniejszy, ale również, że jest większy i mocniejszy, a to nie to samo. Rozdzielczość tej wersji jest o wiele wyższa niż wszystkich wcześniejszych, choć wciąż brakowało mi miękkości płyty CD z 2004 roku. Wydaje się, że masterujący płytę MILES SHOWELL (bo to chyba on odpowiada za dźwięk) zachował większość ustawień z masteru DSD z 2011 roku, ale powrócił też do organiczności pierwotnego płyty z 2004.

˻ DODATKI ˺ Intro do Tubular Bells 4 ˻ 3 ˺ pokazuje duży, czysty fortepian plus grany na dzwoneczkach rytm. Dźwięk tej części jest mocniejszy, co wskazuje na głębsze sięgnięcie do kompresji. Interesujące jest, że rytmiczność gry na fortepianie wydaje się tutaj nieco zachwiana – rzecz, z którą Oldfield miał problem przy Part One. Aby go rozwiązać, Heyworth, realizator nagrania ustawił mikrofon przy metronomie w osobnym pomieszczeniu i puścił jego dźwięk na słuchawki muzyka.

Bardzo fajnie brzmią tutaj organy Hammonda, ale to owe dzwonki, mocne, nadające wszystkiemu charakter, wybijają się na wierzch. Zresztą wszystkie instrumenty są wyraźniejsze, mniej przetworzone i mają mniejszy pogłos – patrz, wchodząca w 3:35 gitara akustyczna. Z kolei „mandolina” w czwartej minucie jest nieco wycofana. To zresztą nie jest mandolina, a gitara elektryczna puszczona z taśmy dwukrotnie szybciej i dograna do wielośladu.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM

Tubular Bells/In Dulci ˻ 4 ˺ ma inny „vibe” iż oryginalna wersja. Bas jest tutaj niesamowicie mocny i głęboki, a ów dźwięk „przecinający” nagranie jest ustawiony bardziej w głębi sceny. Zresztą wszystkie instrumenty wydają się tutaj wycofane i mniej energetyczne. Wysoka góra jest otwarta i klarowna. Największą różnicę stanowią oczywiście nowe fragmenty syntezatorowe i grane na instrumentach dętych. Są one kompletnie z innego świata i tłumaczy je jedynie konkretne przeznaczenie tej wersji, same w sobie są, dla mnie, trudne do przyjęcia.

Bardzo spodobał mi się jednak remiks utworu dokonany przez Oldfielda i Yorke’a, Tubular Bells (Mike Oldfield & YORK Remix) ˻ 5 ˺. Wydaje mi się on udanym re-workingiem oryginalnego utworu, który zmienia zupełnie jego naturę, a wciąż pozostaje w idiomie oryginalnych dźwięków. Scena ma tutaj szerokie skraje, dzieje się tam równie dużo, jak przed nami. Z kolei głębia jest o wiele mniejsza niż w oryginale. Słychać, że chodziło o przygotowanie utworu do klubów tanecznych. To zupełnie odmienny świat niż ten z lat 70., ale – wchodzę w to.

Podsumowanie

Nie mogę nic na to poradzić, ale wydanie z 2004 roku pozostaje moim ulubionym. Nie jest ono technicznie najlepsze, bo rozdzielczość i selektywność są tylko dobre. Ale już barwy i gęstość brzmienia – to jest coś, co robi ono świetnie. Wersja „rocznicowa” jest zupełnie inna – rozdzielcza, energetyczna i różnicująca. To na niej słychać znacznie lepiej i znacznie więcej, co się w tych nagraniach dzieje. Na tym tle wydanie Platinum SHM-CD wydaje się rozczarowujące. Jest klarowne, wyraźne, selektywne, ale mało treściwe. Odsunięcie sceny od nas gubi bezpośredniość wydania z 2004 roku, a nie ma rozdzielczości nowego, przez co jest trochę „puste” w środku. Jak widać, technologia wydania płyt nie zawsze jest najważniejsza, bo znacznie ważniejsze jest to, co na niej wydajemy. A pod tym względem Tubular Bells (50th Anniversary Edition) jest bardzo dobre. Gdybym miał mieć jakieś wydania na CD, to miałbym dwa – z 2004 roku i najnowsze, bo warto.

˻ JAK SŁUCHALIŚMY ˺ Odsłuch został przeprowadzony w systemie referencyjnym „High Fidelity”. Płyta odtwarzana była na odtwarzaczu SACD Ayon Audio CD-35 HF Edition oraz odtwarzaczu plików Mytek Brooklyn Bridge. Sygnał przesyłany był do lampowego przedwzmacniacza liniowego Ayon Audio Spheris III i wreszcie do wzmacniacza mocy Soulution 710 oraz kolumn Harbeth M40.1. Okablowanie – Crystal Cable Absolute Dream, Siltech Triple Crown, z zasilaniem Siltech, Acoustic Revive i Acrolink.
tekst WOJCIECH PACUŁA
zdjęcia Sony Music | „High Fidelity” | Marta Salogni | Martin Gore

www.MERCURYRECORDS.com

«●»

Poprzednie

Następne