SONNY ROLLINS, „Saxophone Colossus” • remaster: Hemiolia Records, 180 g LP • 2026 ⸜ RECENZJA

„Saxophone Colossus” Sonny’ego Rollinsa jest pierwszą płytą LP w historii włoskiego wydawnictwa Hemiolia Records.

Została ona przygotowana równocześnie z płytą Milesa Davisa „Kind of Blue”, wydaną na krążkach SACD (sinlge-layer) oraz CD, którą recenzowaliśmy 10 lipca; więcej → TUTAJ. Tym razem przyglądamy się więc płycie winylowej, również pierwszemu wydawnictwu tego rodzaju w historii wytwórni Hemiolia Records. Z pozoru – klasyka: lakier nacięty z kopii taśmy „master”, płyta wytłoczona na winylu o gramaturze 180 g, a jednak… Zobaczcie państwo sami.

tekst WOJCIECH PACUŁA
zdjęcia „High Fidelity”

SONNY ROLLINS, „Saxophone Colossus”

Wydawca: Prestige Records/Hemiolia Records HEM-2026-02-VIN-E1

Format: 1-Step, 180 g LP
Premiera/reedycja: 1957/2026
Słuchał: WOJCIECH PACUŁA

Jakość dźwięku: 8/10

www.HEMIOLIARECORDS.com

  Muzyka

Saxophone Colossus jest szóstym albumem studyjnym amerykańskiego saksofonisty jazzowego Sonny’ego Rollinsa. Powszechny konsensus stanowi, że jest to jego najbardziej znany album, często uznawany za płytę, która pozwoliła mu zapisać się na stałe w świadomości fanów jazzu. Jak czytamy w The Mojo Collection, kompendium poświęconym historii albumów jazzowych i przygotowanym przez redakcję magazynu „Mojo”, wydany przez wytwórnię Prestige Records album „spotkał się z uznaniem krytyków oraz przyczynił się do ugruntowania pozycji Rollinsa jako czołowego artysty jazzowego”.

Na albumie Rollins kierował kwartetem, w skład którego wchodzili pianista Tommy Flanagan, basista Doug Watkins oraz perkusista Max Roach. W czasie nagrań muzyk wciąż był członkiem kwintetu Clifforda Browna i Maxa Roacha. Jeszcze o tym nie wie, ale sesja Saxophone Colossus ma miejsce cztery dni przed śmiercią jego kolegów z zespołu, Browna i Richiego Powella, którzy zginęli w wypadku samochodowym w drodze na występ w Chicago (Rollins nie podróżował samochodem, którym jechali Brown i Powell.) Dodajmy, że Roach pojawił się jeszcze na kilku solowych albumach Rollinsa, aż do albumu Freedom Suite z 1958 roku.

O samej płycie czytamy:

Uznawany jest ona za najlepsze dzieło Sonny’ego i rok po roku wyróżniana jednym z prestiżowych tytułów serii „Penguin Jazz Core Collection” – żadna kolekcja jazzowa nie jest kompletna bez egzemplarza albumu „Saxophone Colossus”. To samo dotyczy albumu „Worktime”. Sonny miał zaledwie 26 lat, gdy powstało to nagranie, ale już wtedy osiągnął status legendy, stając się jednym z gigantów obok Coltrane’a i Milesa Davisa – stąd też samouwielbiający tytuł „Colossus”.
Sonny Rollins „Saxophone Colossus” (1956), LONDONJAZZCOLLECTOR.wordpress.com, dostęp: 30.07.2026.
Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM

Zdjęcie na okładce i jej projekt jest dziełem Toma Hannana. „Grafik, ilustrator, fotograf” – tak jest opisany w najnowszej książce poświęconej wizualnej spuścizny firmy Prestige, zatytułowanej Wail. The Visual Language of Prestige Records. Hannan przyjechał do Nowego Jorku po otrzymaniu prestiżowego stipendium Hans Hoffman School of Fine Arts. Artysta-malarz, oprócz projektów dla Prestige, przygotował również okładki dla Blue Note Bethlehem, Roulette, Jubilee. Czytamy dalej:

Hannan jako projektant miał niewielu równych sobie; jego idiomatyczna wrażliwość graficzna zdefiniowała przekaz wizualny Prestige na niezwykle wysokim poziomie. (…) Hannan był zainteresowany wczesnym technikami druku i bazował na swojej bogatej kolekcji antycznych książek które pomagały mu w pracy i które powodowały, że jego dzieła niemiały w branży swojego odpowiednika.
CHRIS ENTWISLE, MARK HAVENS, Wail. The Visual Language of Prestige Records, Rochester, New York, 2025, s. 147.

Dodajmy, że obok ikonicznych okładek, jak Jackie McLean 4, 5 and 6 czy Hank Mobley Mobleys Message, Clifford Brown Memorial, płyt Davisa i Monka, był również autorem instalacji zaprezentowanej w 1959 roku podczas Amerykańskiej Wystawy Narodowej w Moskwie. Jednym słowem – top.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM

Reedycja zachowuje oryginalną typografię, usuwając nazwę oryginalnego wydawnictwa oraz numer katalogowy, tak jak to robią duże domy wydawnicze z reedycjami, zmieniając również grafikę na okładce. Choć zdjęcie przypomina to z oryginału, to nim nie jest. To inna fotografia Rollinsa. Tego typu zmiany są wynikiem problemów z otrzymaniem praw do oryginalnych okładek. Widzieliśmy to już przy płycie Davisa, podobnie musi postępować firma Audionautes Recordings i tak też było w przeszłości z płytą Rollinsa, wydawaną w Europie i innych krajach poza USA.

Jej nowa wersja została wydana w okładce typu gatefold, czyli podwójnej. Oryginalnie była to pojedyncza okładka i dopiero japoński remaster z 1968 roku pokazał ją w taki właśnie sposób. Dodano do niej obi, na którym wyszczególniono wszystkie techniczne aspekty dotyczące remasteru. Znajdziemy na nim również informacje o tym, że jest to nagranie stereofoniczne. W tym przypadku – mono, ale poddane zabiegom uprzestrzenniającym.

Z tyłu okładki ręcznie naniesiono też informacje  o tym, z której matrycy wykonano tłoczenie i który to jest kolejny numer. W moim przypadku były to: matryca nr 1 i egzemplarz nr 127.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM

▓  Nagranie

PERSONEL ‖ Sonny Rollins – saksofon tenorowy, Tommy Flanagan – fortepian, Doug Watkins – kontrabas, Max Roach – perkusja

Płyta została nagrana na taśmie monofonicznej 22 czerwca 1956 roku przez inżyniera dźwięku Rudy’ego Van Geldera i pod kierownictwem producenta Boba Weinstocka w studiu tego pierwszego w Hackensack w stanie New Jersey.

Studio to jest znane z topowych nagrań dla wytwórni Blue Note, Prestige i innych. Zbudowane zostało w salonie (literalnie) domu rodziców, do którego Van Gelder przeniósł się po studiach. Nie tylko przekonał ich do tego, aby tam nagrywać, ale także aby zbudowali dom pod tym kątem. Salon, choć duży, nie miał nic wspólnego z ówczesnymi studiami nagraniowymi wielkich wydawnictw. Niemalże bez pogłosu wnętrze miało „suchą” akustykę. Aby ją opanować wypracował kilka technik, które nie tylko pozwoliły mu wyjść z tego obronną ręką, ale zbudowały jego legendę – dźwięk, o którym mówi się „Van Gelder Sound”; więcej → TUTAJ.

Materiał ten został nagrany monofonicznie, na magnetofonie Ampex 300, ponieważ uważał on, że jest to lepszy sposób prezentacji muzyki niż stereofonia. Oficjalna strona związana z fundacją jego imienia mówi:

Format audio stereo stanowi nieodłączną część słuchania nagranej muzyki. Ten dwukanałowy standard upowszechnił się na tak powszechną skalę, że terminy „stereo” i „system audio” są dziś w języku potocznym praktycznie synonimami. Pierwotna teoria nagrywania dźwięku wyglądała jednak nieco inaczej. Mono, skrót od „monaural”, to format jednokanałowy, zasadniczo związany z wynalazkiem nagrania dźwięku. Mono było powszechnym formatem, z którym pracowali inżynierowie tacy jak Rudy Van Gelder aż do końca lat 50., kiedy to na rynek trafiły pierwsze płyty LP w formacie stereo. Płyty i sprzęt stereo zyskały na popularności na przestrzeni lat i ostatecznie doprowadziły do komercyjnego zaniku formatu mono pod koniec lat 60.
Mono & stereo, → RVGLEGACY.org, dostęp: 30.07.2026.
Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM

Presja rynku był jednak tak duża, że złamał się i sam Van Gelder. Po raz pierwszy nagranie stereofoniczne wykonał w 1956 roku, eksperymentując wraz z inżynierem wytwórni Atlantic Records, Tomem Dowdem. Jak pisze Ashley Kahn w monografii A Love Supreme: The Story of John Coltrane’s Signature Album, a za nim historię tę przytacza portal Rvglegacy.org, Dowd na sesję przyniósł swój, stereofoniczny magnetofon, a Van Gelder monofoniczny.

Pierwsza profesjonalna sesja stereo miała miejsce w marcu 1957 roku przy okazji nagrania albumu Arta Blakey’a Orgy In Rhythm i była ona zrealizowana poza domowym studiem, w hotelu Manhattan Towers. Lata 1957-1958 były okresem przejściowym, podczas którego realizator nagrywał wybrane sesje równolegle na magnetofonie mono i stereo. I dopiero pod koniec 1958 roku zaczęły powstawać jedynie rejestracje w stereo, z których Van Gelder przygotowywał miksy monofoniczne; więcej → TUTAJ.

Mimo że wytwórnia Blue Note, najważniejszy klient Van Geldera, miała w ręku obydwie wersje nagrań, mono i stereo, nie zdecydowała się na wydawanie tej drugiej od razu. Upłynęły aż dwa lata od pierwszej sesji stereo, zanim na rynku ukazały się jej pierwsze tytuły z dwoma kanałami. Były to: Somethin’ Else Cannonball Adderley’a, Moanin’ Art Blakey’a oraz Finger Poppin’ with the Horace Silver Quintet. Najpierw ukazały się one w wersji mono, a po kilku miesiącach dołączyły do niech wersje dwukanałowe. Pierwszym tytułem wydanym przez Blue Note równolegle w obydwu formatach był krążek Mosaic Arta Blakey’a z grudnia 1961.

I w ten sposób dochodzimy do remasteru wytwórni Hemiolia Records. Źródłem sygnału była kopia 1. generacji taśmy produkcyjnej, czyli kopii taśmy „master” przesyłanej do tłoczni w poszczególnych krajach. Taśmy, dodajmy, monofonicznej. Płyta jest jednak stereofoniczna. Jak to możliwe?

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM

▓  Remaster

Hemiolia Records to projekt Claudio Valieriego. Ta  włoska wytwórnia muzyczna i studio masteringowe, została założona w 2016 roku i specjalizuje się w reedycjach płyt z muzyką jazzową i klasyczną. Mastering jest przygotowywany we Włoszech w studio Pietro Beniniego. Taśma jest odtwarzana na magnetofonie Otari MTR-15, 96-kanałowej konsoli analogowej D&R Merlin oraz sprzęcie zewnętrznym (Maselec, Tube-Tech, Drawmer, Studer A80).

Przez dziesięć lat, aż do tego roku, Hemiolia oferowała tylko kopie taśm analogowych. Dzięki nawiązaniu współpracy z dystrybutorami muzyki, takimi jak Ermitage Records, mogła sobie pozwolić na analogowy remastering legendarnych płyt, na przykład Milesa Davisa, Johna Coltrane’’a czy Dave’a Brubecka, bezpośrednio z pierwszych generacji taśm produkcyjnych. Na wystawie High End Vienna 2026 po raz pierwszy zaprezentowała płyty SACD, CD i analogową. Czytamy:

Kiedy ponad dwa lata temu rozpoczęliśmy ten projekt, postawiliśmy sobie niezwykle ambitny i zdecydowanie bezkompromisowy cel: chcieliśmy przenieść na nowe nośniki fizyczne jak najwięcej informacji, dynamiki i głębi zawartych w naszych oryginalnych taśmach, zachowując w nienaruszonym stanie ich szczegółowość, duszę i głęboki ładunek emocjonalny. Celem jest stworzenie wydawnictw winylowych i SACD o tak wysokiej jakości, by stały się one nowym punktem odniesienia na rynku, tak jak od lat są nim nasze taśmy master. Zdajemy sobie sprawę, że ostateczna ocena nie należy do nas, lecz do naszych klientów oraz wszystkich recenzentów, którzy będą analizować te dzieła; jednak już dziś możemy z dumą oświadczyć, że jesteśmy w pełni zadowoleni z rezultatu, jaki udało nam się osiągnąć.

Remasterem zajmuje się studio Pietro Beniniego i ma on postać analogową – A|A|A. Płyty są tłoczone na 180-gramowym czystym winylu (ang. virgin vinyl) w technologii 1-Step Pressing. Dzięki wyeliminowaniu pośrednich etapów tradycyjnego kopiowania (Father-Mother) oraz zredukowaniu szumu tła, proces ten ma niwelować straty generacyjne między wycięciem lakieru a ostateczną matrycą, „zachowując w maksymalnym możliwym stopniu integralność całego przekazu dźwiękowego oryginalnej taśmy”.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM

Wydawca mówi również, że „aby zagwarantować maksymalną spójność, jednolitość i konsystencję akustyczną” od pierwszego do ostatniego z 1650 egzemplarzy całego nakładu, firma Hemiolia opracowała stały protokół produkcji:

  • trzy zestawy lustrzanych lakierów: dla każdej strony wytwarza się trzy zestawy identycznych lakierów, nacinanych kolejno tego samego dnia i pochodzących z tej samej partii,
  • limit 550 tłoczeń na lakier: chociaż standardy branżowe dopuszczają znacznie większe nakłady produkcyjne na jedną matrycę, Hemiolia zmienia matrycę już po 550 egzemplarzach, chroniąc ją – jak czytamy – „przed obciążeniami mechanicznymi lub pogorszeniem jakości tłoczenia, co pozwala wyodrębnić trzy odrębne, identyczne partie produkcyjne po 550 egzemplarzy każda”.
  • podwójna ręczna numeracja porządkowa: wszystkie egzemplarze są numerowane ręcznie; każdy z nich posiada podwójną numerację porządkową, która z jednej strony identyfikuje oryginalny lakier (Lacquer 1, 2 lub 3), a z drugiej – unikalny numer seryjny tego konkretnego egzemplarza w ramach danej partii produkcyjnej.

Lakier jest nacinany w Niemczech przez Andreasa Bauera (AB Mastering) na lathe Neumann VMS-80, konsoli Neumann SP-79 oraz magnetofonie Studer A80 Mk II. Metalowe matryce One-Step wykonane przez Stamper Discs pochodzą z Wielkiej Brytanii. Tłoczeniem zajmuje się duńska RPM Records przy użyciu kanadyjskich pras Warmtone firmy Viryl Technologies. Jednym słowem – jest międzynarodowo.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM

▓  Mono → stereo

Oryginalne wydanie Saxophone Collosus jest wydaniem monofonicznym, tak zostało ono zarejestrowane. W 1967 roku, w Holandii, ukazuje się jednak płyta z naniesionym napisem „stereo”. W kolejnych latach pojawiała się ona co jakiś czas we wznowieniach, zawsze ze zmienioną okładką, i przynosiła materiał monofoniczny, ale poddany manipulacji tak, aby wydawało się, że to nagranie stereofoniczne. Podobnie zrobiła wytwórnia Hemiolia Records.

Swoje racje wykłada w dokumencie zatytułowanym: Signatura Hemiolia: Poza granicami mono:

Pomimo że punktem wyjścia była oryginalna taśma mono (flat master produkcyjny pierwszej generacji, ¼”), ten historyczny tytuł zyskuje dziś nowe życie dzięki wyjątkowej inżynierii akustycznej pod kierownictwem Pietro Beniniego. Sercem tego wyjątkowego procesu remasteringu stereo jest precyzyjne, rygorystyczne i czysto analogowe zastosowanie rotacji fazowych, zintegrowane z bezkompromisowym łańcuchem optymalizacji dynamiki i brzmienia.

Ta manipulacja jest odejściem od oryginału. Ale tym samym jest, przecież, de-mixing i ponowne miksy płyt The Beatles, King Crimson itd. Producenci tego wydania zapewniają, że to operacja „opierająca się na absolutnym szacunku i nieinwazyjności”. I dalej:

Poprzez delikatną, kompleksową interwencję analogową nie dążyliśmy do wymuszonej transformacji, ale raczej do naturalnej ewolucji akustycznej: przesunięcia fazowe, mistrzowsko zharmonizowane z subtelną równowagą ekspresyjną Beniniego, przekłada się na większe poczucie przestrzenności między poszczególnymi instrumentami oraz niezwykłe wrażenie przestrzeni i otwartości w wirtualnej scenie dźwiękowej. Kwartet oddycha teraz w wymiarze, który zyskuje ogromnie pod względem przyjemności słuchania, realizmu i płynności brzmienia, przywracając fizyczność i akustyczną bliskość historycznej sesji Rudy’ego Van Geldera w Hackensack.

Odważnie…

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM

▓  Dźwięk

PROGRAM ‖ STRONA A  St. Thomas – 6:46 You Don’t Know What Love Is – 6:27 Strode Rode – 5:13 | STRONA B Moritat (Mack the Knife) – 10:01 Blue 7 (Blue Seven) – 11:1

Jak mi się wydaje, sprawa „stereo” będzie głównym tematem rozmów o tym wydawnictwie i osią wokół będą się koncentrowały spory wokół niego. Zaraz do tego wrócimy, najpierw chciałby powiedzieć o tym, co najważniejsze, czyli o brzmieniu.

Reedycja Hemiolia Records należy do grupy płyt o wyjątkowo otwartym dźwięku. Nie ma w ˻ A1 ˺ St. Thomas cienia ciepła, czy raczej – ocieplenia, jest za to dynamika, uderzenie i precyzja. Perkusja ma przejrzyste, czyste krawędzie i jest mocno zaznaczona w miksie. Podobnie i saksofon. Ten jest czysty oraz klarowny. Jeśli myśleliście państwo, że „analogowy” i „lampowy” w wydaniu tego wydawnictwa to synonimy ciepła, to się pomyliliście.

Słychać to tak, jakby chodziło o oddanie naturalnej dynamiki, naturalnej energii, którą słychać, kiedy stoimy kilka metrów od tych instrumentów, a nie o nadanie im „vintage’owej” maniery.

Taka ta płyta jest również i w wolnych utworach, jak ˻ A2 ˺ You Don’t Know What Love Is. Tutaj saksofon brzmi nieco niżej, ale dlatego, że tak jest grany, nie z wysiłkiem, nie wybuchowo, a melancholijnie. Ale nawet w tym wydaniu jest to brzmienie energetyczne i wyraziste.

Jest w tym wszystkim mnóstwo energii wynikającej z całego brzmienia, a nie podkreślenia wysokich tonów. Te są naprawdę mocne, szczególnie jak na nagranie z tego okresu, a jednak nie dominują, nie przykuwają uwagi. To instrumenty same w sobie są gwiazdami.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM

Przejrzystość połączona z nasyceniem harmonicznymi, bo tak to czytam, przekłada się na selektywność, wyjątkową selektywność. Wyraźny jest bowiem nie tylko saksofon, ale i fortepian, podgrywający przecież pod spodem. I to nie tylko w solówce, do której dochodzi w końcu, ale również podczas kiedy gra Rollins.

Nagrania różnią się zresztą między sobą. ˻ A3 ˺ Strode Rode brzmi wyraźnie wyżej niż poprzedni utwór, a instrumenty są w nim bardziej oddalone, jakby były mocniej skompresowane. Saksofon jest dalej w miksie i mocniej słychać wokół niego pogłos. Perkusja również jest mniej „tu i teraz” i jedynie kontrabas wydaje się mieć podobny impet, jak w poprzednich kawałkach. A kiedy odpalamy drugą stronę, w otwierającym ją ˻ B1 ˺ Moritat (Mack the Knife) ponownie mamy bliski instrument lidera i mniejszy pogłos. Wydaje się, że Van Gelder w ten sposób różnicował nagrania, raz wypuszczając instrumenty do przodu, a innym razem je wycofując, dając więcej miejsca na mocne granie.

Z czym dochodzimy do sprawy stereofonii. Znam tego typu zabiegi z wielu płyt pochodzących z lat 60. i 70., głównie nagrań Franka Sinatry, bo te zbieram. Nie jestem ich fanem. Powiedziałbym nawet, że mnie mocno irytują. Są męczące i po pewnym czasie zaczyna mnie od nich boleć głowa, jakby błędnik nie mógł znaleźć swojego miejsca. Podobnie mam zresztą z miksami kwadrofonicznymi. Nagranie Hemiolia Records jest zupełnie inne. Zabiegi, o których czytaliśmy wcześniej, mające za zadanie pokazanie lepszej przestrzeni, są subtelne i bez bezpośredniego porównania z oryginalnym mono trudno będzie powiedzieć, że w ogóle coś takiego zostało zastosowane.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM

A jednak wpływają na odbiór muzyki. Zmiana, którą osiągnięto na recenzowanej płycie polega na otoczeniu instrumentów przez przestrzeń, na uzyskaniu czegoś w rodzaju separacji akustycznej między nimi. To dlatego są tak wyraźne i tak selektywne. Nawet kontrabas, często dudniący w oryginale, bo z wyeksponowaną częścią pasma, tutaj przez cały czas brzmi w kolorowy, mocny sposób. Także mocna perkusja, jak w połowie wspomnianego utworu, kiedy gra solo, ma mocny atak i choć jest w miksie za instrumentem prowadzącym, jest cały czas czytelna i aktywna.

Fortepian, notorycznie cichy w nagraniach Van Geldera, nagrywany w rogu jego studia, z mikrofonami niemal włożonymi w struny (klapa była całkowicie otwarta), jest w tej wersji wyjątkowo czytelny, ale i fajnie gęsty. Nie ma szerokiego pasma, w żadnym wydaniu nie ma, a jednak ma się poczucie „konkretu”, mocnego grania. Jak w ˻ B2 ˺ Blue 7 (Blue Seven), gdzie pełni ważną rolę.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM

PORÓWNANIA • Jest tak, że wersja włoskiego wydawnictwa odchodzi trochę od tego, co znamy zarówno z oryginału, jak i reedycji, na przykład Analogue Productions. Nie mam jej własnej na płycie LP, musiałem pożyczyć do tej recenzji, znam ją za to bardzo dobrze z wersji cyfrowych XRCD JVC oraz SACD, właśnie Analogue Productions.

W porównaniu z nimi wszystkimi wersja Hemiolia Records jest znacznie bardziej wyrazista i „do przodu”. Instrumenty są na niej bardziej selektywne. Lepiej je przez to słychać w ich własnym otoczeniu akustycznym. Instrumenty są też wyraźniej rozsunięte w osi przód-tył, podczas gdy na wydaniach, o których mówię, jak i na oryginale (również pożyczonym), są pokazywane na małej przestrzeni, właściwie w jednym punkcie.

Bas nowego wydania wydaje się mniej wysycany na dole pasma, a bardziej klarowny. Podobnie góra pasma – ta jest w każdym z wydań mocna i wyrazista, to jest naprawdę niesamowicie dynamiczne nagranie. W wersji Włochów jest jednak jeszcze mocniejsza, jeszcze bardziej różnicowana.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM

▒  Podsumowanie

Reedycja płyty Saxophone Collosus ma cichy szum własny i nie słychać trzasków. Dobrze wymyta gra bardzo dobrze. Czasem słychać wiek taśmy, jak w Moritat…, ale generalnie brzmi ona w niesłychanie nowoczesny sposób, jeśli tak mogę powiedzieć. Czyli otwarty, mocny, dynamiczny i selektywny. Jest to też reedycja, która nie ma na celu docieplenie i dopełnienie przekazu, a oddanie jak największej ilości energii i dynamiki. I tak też się dzieje.

Jej „stereofonia” nie jest typowym rozdzieleniem instrumentów po kanałach, bo te słychać na osi, przed nami. A jednak mają one mnóstwo powietrza wokół siebie i są doskonale różnicowane. W brzmieniu mamy dużą ilość wysokich tonów, nie oczekujmy więc „kocykowego”, sypiającego grania. Będzie to granie mocne i wyrywające z uśpienia.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM

Najbliżej jest jej barwowo do wersji Analogue Productions, podczas gdy wersja cyfrowa JVC na płycie XRCD jest bliższa pod tym względem oryginałowi. Ten jest bezkonkurencyjny jeśli chodzi o poczucie „obecności” instrumentów, nie mam co do tego wątpliwości. Remaster, który recenzujemy ma jednak zalety, które warto wziąć pod uwagę, nawet mając już kilka innych reedycji tego tytułu. Jest to, przede wszystkim, niesamowita otwartość dźwięku, bez rozjaśniania i jaskrawości. Jest to również wyjątkowa separacja instrumentów na scenie, bez artefaktowego „uprzestrzennienia”. No i jest absolutnie wybuchowa dynamicznie – już tylko za to warto byłoby ją mieć. ‖ WP

» Jakość dźwięku: 8/10

»«

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM
‖ JAK SŁUCHALIŚMY • Odsłuch został przeprowadzony w systemie referencyjnym „High Fidelity”. Płyty LP były odtwarzane na gramofonie Rega P8 z wkładką Denon DL-103R, a krążki CD i SACD na odtwarzaczu SACD Ayon Audio CD-35 HF Edition. Sygnał do przedwzmacniacza liniowego Ayon Audio Spheris Evo był przesyłany interkonektem RCA Siltech Triple Crown. W torze były również: wzmacniacz mocy Soulution 710 oraz kolumny Harbeth M40.1. Okablowanie – Crystal Cable Absolute Dream, Siltech Triple Crown, z zasilaniem Siltech, Acoustic Revive i Acrolink.

www.HEMIOLIARECORDS.com

tekst WOJCIECH PACUŁA
zdjęcia „High Fidelity”

«●»

Poprzednie

Następne