DAVE BRUBECK QUARTET „Time Out” • MQA-CD Crystal Disc (2025) ⸜ RECENZJA

Płyta kwartetu Dave’a Brubecka „Time Out” to nasza druga recenzja płyty CD Crystal Disc w kodowaniu MQA.

Włoskie wydawnictwo Audionautes Recordings, założone i prowadzone przez Fabio Camoraniego, ma w swojej ofercie kopie taśm „master”, płyty LP 1-step, jak również krążki UHQCD. Najważniejszymi wydawnictwami, moim zdaniem są jednak płyty Crystal Dics. Dotychczas zaoferowała na nich cztery tytuły, a już się szykuje piąty, „Cantate Domino”.

Dwa z tych wydawnictw są nie całkiem płytami Compact Disc, a MQA-CD. Jest to, recenzowany już przez nas „Jazz At The Pawnshop” ARNE DOMNÉRUSA oraz prezentowany tym razem „Time Out” DAVE BRUBECK QUARTET.

Do poczytania:
  • ARNE DOMNÉRUS, „Jazz At The Pawnshop” recenzja → TUTAJ
  • MQA + UHQCD: Hi-Res Compact Disc ⸜ artykuł TUTAJ
tekst WOJCIECH PACUŁA
zdjęcia „High Fidelity”, Audionautes Recordings

DAVE BRUBECK QUARTET „Time Out”

Wydawca: Columbia Records/AudioNautes Recordings AN-2511-KD

Format: CRYSTAL DISC MQA-CD (gold CD)
Premiera: 1959/2025
Słuchał: WOJCIECH PACUŁA

Jakość dźwięku: REFERENCJA

www.AUDIONAUTESRECORDINGS.com

 

ROK 1959 POWSZECHNIE UZNAJE SIĘ za przełomowy w historii jazzu. Ukazują się wówczas trzy płyty  gigantów nagrane w tym samym studiu, wydane przez tę samą wytwórnię. To powszechnie uznane arcydzieła, które całkowicie zmieniły kierunek rozwoju tego gatunku. Już same tytuły związanych z tym artykułów nie pozostawiają żadnych wątpliwości, jak: 1959 – a great year for Jazz (→ JOHNCODYONLINE.com), The Destination of a Jazz Fan’s Time Machine: 1959 (→ www.AKBANKSANAT.com) czy 1959: The Year That Changed Jazz (→ www.FACEBOOK.com), że przywołam kilka pierwszych z brzegu.

Trzy płyty, o których mowa to: Miles Davis Kind of Blue (CS 8163), Charles Mingus Mingus Ah Um (CS 8171) oraz Dave Brubeck Quartet Time Out (CS 8192). Wydane przez Columbia Records zostały zarejestrowane w Columbia 30th Street Studio w Nowym Jorku na przestrzeni pięciu miesięcy: Davis – 2 marca i 22 kwietnia, Mingus – 5 i 12 maja, a Brubeck25 czerwca, 1 lipca i 18 sierpnia.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM

Z nich wszystkich najbardziej znany jest krążek trębacza i jest to najlepiej sprzedająca się płyta jazzowa wszech czasów. Album ten zapoczątkował nurt jazzu modalnego, odchodząc od skomplikowanych progresji akordowych na rzecz nastrojowych improwizacji z udziałem Johna Coltrane’a i Billa Evansa.

Time Out z kolei jest najprzystępniejszy muzycznie i słynie z pionierskiego odkrywania niekonwencjonalnych podziałów rytmicznych – takich jak w wielkim hicie Take Five w metrum 5/4 oraz Blue Rondo à la Turk w metrum 9/8.

Najtrudniejszym muzycznie albumem jest Mingus Ah Um. Zawiera on wybitne kompozycje, na przykład Better Git It In Your Soul i Goodbye Pork Pie Hat, oddające napięcia rasowe i kulturowe tamtej epoki poprzez żywe, przesiąknięte bluesem aranżacje.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM
‖ Audionautes Recordings ma w ofercie wszystkie trzy wspomniane płyty, na krążkach UHQCD oraz – poza Mingusem – na Crystal Dics CD

Album Time Out, choć ostatecznie uległ w ilości sprzedanych egzemplarzy Kind of Blue, początkowo zdobył większą popularność i lepiej radził sobie na listach sprzedażowych. Osiągnął drugie miejsce na liście albumów magazynu „Billboard” i stał się pierwszym albumem jazzowym, który sprzedał się w nakładzie miliona egzemplarzy. Pochodzący z niego singiel Take Five był również pierwszym singlem jazzowym, który sprzedał się w nakładzie ponad miliona egzemplarzy. Do 1963 roku album rozszedł się w ilości w ponad 500 000 egzemplarzy, a w 2011 roku otrzymał certyfikat podwójnej platynowej płyty od Recording Industry Association of America (RIAA), potwierdzający sprzedaż ponad dwóch milionów płyt.

Album został wprowadzony do Grammy Hall of Fame w 2009 roku, a w 2005 roku został wybrany przez Bibliotekę Kongresu do zachowania w Narodowym Rejestrze Nagrań Stanów Zjednoczonych jako „znaczący pod względem kulturowym, historycznym lub estetycznym”.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM
‖ Trzy z czterech płyt Crystal Disc w ofercie Audioneutes Recordings

▒  Nagranie

PERSONEL: Dave Brubeck – fortepian, Paul Desmond – saksofon altowy, Eugene Wright – kontrabas, Joe Morello – perkusja

Płyta Time Out została nagrana w trakcie trzech sesji: 25 czerwca, 1 lipca i 18 sierpnia 1959 roku. Producentem albumu był Teo Macero, a realizatorem dźwięku Fred Plaut. Najstarszy syn Dave’a Brubecka, Darius, określił zamysł albumu jako eksperymentalny i „całkowicie poświęcony realizacji konkretnej idei muzycznej”, a mianowicie wykorzystaniu metrum i rytmów, które nie były powszechne w jazzie:

Kierownictwo działu marketingu wytwórni Columbia sprzeciwiło się temu projektowi, przewidując porażkę komercyjną, ponieważ uznano, że ta muzyka jest nieodpowiednia do tańca. Co więcej, na okładce Time Out znalazła się grafika abstrakcyjna (obraz autorstwa wybitnego grafika S. Neila Fujity) zamiast typowego wizerunku kwartetu lub jego lidera, a album zawierał wyłącznie kompozycje oryginalne, w przeciwieństwie do sprawdzonych standardów. Z powodu tego początkowego oporu wobec jego wizji twórczej Brubeck był szczególnie dumny z wyników sprzedaży albumu.
⸜ STEPHEN A. CRIST, Time Out – The Dave Brubeck Quartet (1959), Library of Congress 2025, www.LOC.gov, dostęp: 1.06.2026.  

Nagrania powstały w 30th Street Studio, studiu wytwórni Columbia mieszczącym się przy 30. ulicy w Nowym Jorku. Był to ceglany budynek danego Kościoła Armeńskiego w Nowym Jorku, stąd jego obiegowa nazwa – „The Church”.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM

Znajdowało się w nim kilka studiów, w tym największe, Studio C, o długości trzydziestu metrów, sklepionym wysokim suficie, a także ścianami obwieszonymi zasłonami. Jak wspomina Frank Laico, inżynier dźwięku większości płyt Davisa dla Columbii, wnętrze nie było wyremontowane po poprzednich właścicielach, co dawało znakomity dźwięk. Jak pisałem przy okazji recenzji płyty Milea Davisa ‘Round Midnight, po remoncie w latach 80, jak dodaje, „wszystko przepadło”; więcej → TUTAJ. Studio to miało również doskonałą „kamerę pogłosową”, której wszyscy im zazdrościli.

Reżyserka znajdowała się na podwyższeniu. Znalazły się w niej lampowe, trzyścieżkowe (1/2”) magnetofony Ampex z serii 300 oraz lampowa konsola mikserska o dwunastu wejściach, przygotowana przez inżynierów Columbii. Miała ona gałki głośności i nie można w niej było ustawić panoramy – w tej roli pracowały przełączniki – lewa, środek, prawa. Z taśm trzyścieżkowych, z osobnym kanałem dla trąbki lidera, miksowano później wersje monofoniczną i stereofoniczną. Wersja mono była tą „właściwą”, a stereo przygotowywana była zwykle przez ludzi na niższych stanowiskach; więcej → TUTAJ.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM

Ciekawe, ale o samej sesji Time Out jest bardzo niewiele informacji. Ze zdjęć zamieszczonych na oficjalnym profilu Dave’a Brubecka wynika, że album prawdopodobnie powstał w mniejszym studiu – D. Wiadomo również, że został nagrany na żywo bez izolacji akustycznej. Stosując minimalistyczne podejście, realizatorzy dźwięku umieścili po jednym mikrofonie w pobliżu każdego instrumentu i nagrali materiał na żywo na taśmie trzyścieżkowej ½”. Taśmy te zostały następnie zmontowane i zmiksowane do standardowego, dwukanałowego mastera.

Columbia korzystała wówczas z wielkofomembranowych, lampowych mikrofonów w rodzaju Neumann U47, Neumann M49, a także mniejszych, jak AKG C12. Najczęściej były one ustawiane w odległości około 45-90 cm od każdego instrumentu, tak aby uchwycić naturalną „przestrzeń” i rezonanse pomieszczenia, a nie wyodrębniać poszczególne dźwięki.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM

Najważniejszy był oczywiście pogłos. Słynny efekt pogłosu perkusji, słyszalny w utworach takich jak Take Five, uzyskano w naturalny sposób poprzez wysłanie sygnału do fizycznej komory pogłosowej studia przy 30th Street, wyłożonego kafelkami, betonowego pomieszczenia z głośnikiem i mikrofonem Neumann U47 oraz stereofonicznym magnetofonem Ampex, odbierający sygnał powrotny w celu jego wygładzenia, z barwą korygowaną prawdopodobnie za pomocą korektora Pultec.

Ten łańcuch sygnałowy stanowił po części „brzmienie” studia 30th Street (zwanego „Kościołem”) i został w pewnym stopniu opracowany przez Franka Laico oraz Mitcha Millera. To właśnie skłoniło inżynierów EMI do udania się aż do Stanów Zjednoczonych, aby zobaczyć, w jaki sposób Columbia osiągnęła taką jakość pogłosu; więcej → TUTAJ.

 Wydania

Take Five należy do grupy najczęściej wznawianych nagrań jazzowych. Każda nowa technologia, sprzęt studyjny i domowy, a także każdy wydawca specjalizujący się w reedycjach musiał mieć w swojej „bibliotece” przynajmniej jedną własną wersję tego klasyka. 

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM
Płyty użyte do porównania: SACD SME Records, K2HD CD Sony Music oraz UHQCD i Master CD-R Audionautes Recordings

Discogs mówi o 535 wersjach, co po odrzuceniu powtórek i nieznaczących wariacji pozostawia nas z – na oko – 450 wersjami płyty. Co nie znaczy, że tyle razy była remasterowana. W rzeczywistości, wyłączając wspomnianych specjalistów, wytwórnia nie sięgała po taśmy master zbyt często.

Oryginalnie materiał ten został wydany na 12” płycie winylowej (Long Play), zarówno w wersji monofonicznej (CL 1397), jak i stereofonicznej (CS 8192). W momencie wydania ważniejsza byłą ta pierwsza i to jej poświęcono najwięcej czasu. Płytę wydano w kilku miejscach jednocześnie, bo poza amerykańską Columbią swoje własne miały także nowozelandzki i australijski Coronet (ten pierwszy ze zmienioną okładką), kanadyjska o holenderska Fontana,  jak odziały CBS na całym świecie. Równolegle ukazała się również czterościeżkowa taśma 3 4/3 IPS.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM

Kolejne były wersje na magnetofonie kasetowym, katdridżu 8-ścieżkowym, płycie DVD, a współcześnie również na profesjonalnych taśmach szpulowych 10,5 IPS. Pierwsza wersja cyfrowa pochodzi z 1984 roku i ukazała się w USA oraz Europie; wersja ze Stanów została wytłoczona w Japonii. Wydanie w pełni japońskie to dopiero rok 1986. W olejnych latach dostajemy wersje na złocie, kodowane w HDCD, później także Blu-spec, K2HD, i wreszcie – w 2000 roku – płyty SACD, później także wielokanałowe 5.1. To właśnie pierwsza z nich, przeznaczona na rynek japoński, wydawnictwa SME Records (Sony Music Entertainment (Japan) Inc.), wydaje się z nich najważniejsza. Kolejna ważna próba, to – wspomniane – kodowanie K2HD z 2011 roku. Wydane w Hongkongu przez Sony Music było wydaniem limitowanym i numerowanym.

Prawdziwą zmianę przynosi dopiero wydanie Audionautes Recordings z 2005 roku (AN-2513-UHQ). Zostało ono przygotowane z kopii taśm master przechowywanych w Europie przez Sony Europe. Niemal nigdy nie były one wykorzystywane, są więc w znakomitej kondycji. Niestety wymogiem tej części Sony była zmiana okładki – nie jest ona taka sama, jak na oryginale, choć go przypomina.

▒  Crystal Disc

PŁYTA CRYSTAL DISC przychodzi w specjalnie dla niej zaprojektowanym boxie. Ma on wewnętrzną, sztywną część z czarnego akrylu oraz dwie przezroczyste płytki, również akrylowe, mocowane z przodu i tyłu za pomocą magnesów; magnes mocuje również samą płytę z przodu. Jest ona widoczna przez akryl i może stać na półce bez zewnętrznego, tekturowego „płaszcza”. Z tyłu, w wycięciu, umieszczona jest książeczka oraz certyfikat. Płyty są numerowane – numer jest frezowany przy otworze płyty.

Krążki mają złoty kolor, ponieważ właśnie ten materiał został wybrany do odbijania światła lasera. Ciekawostka – na płytach MQA-CD włoskiej wytwórni naniesiono logotyp Compact Disc, chociaż – formalnie – MQA-CD nie jest płytą CD. Nie spełnia ona wymagań licencyjnych zawartych w Red Book. Wielu wydawców woli jednak je umieścić – tak „dla pewności”, że nie zostaną źle zrozumiani.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM

Płyta Brubecka w wersji Crystal Disc została zakodowana za pomocą MQA. Pisaliśmy o tego typu płytach we wstępniaku, w 2018 roku – TUTAJ. Było to zaraz po wprowadzeniu do na rynek pierwszych płyt MQA-CD, co miało miejsce kilka tydzień wcześniej, 23 maja.

Master Quality Authenticated (pol. „potwierdzona jakość studyjna”), to technika wynaleziona przez firmę Meridian Audio i zaprezentowana w 2014 roku przez jej założyciela, Boba Stuarta. Powstała z potrzeby streamowania, czyli przesyłania i słuchania w czasie rzeczywistym plików wysokiej rozdzielczości przy ograniczonej przepustowości łącz internetowych. Firma Meridian nigdy nie ujawniła dokładnego opisu technicznego, sporo już jednak wiemy.

MQA jest systemem dwustronnym, kodująco-dekodującym. To znaczy, że najpierw sygnał musi być w odpowiedni sposób zakodowany (po stronie studia lub wydawcy), a następnie zdekodowany (po stronie słuchacza). System jest kompatybilny ze wszystkimi odtwarzaczami plików, czyli komputerami i odtwarzaczami stacjonarnymi, które „widzą” go jako płytę CD. Jeśli DAC ma dekoder MQA, zostanie „rozpakowana” wersja hi-res.

Plik MQA składa się z dwóch części: podstawowej, w postaci ALAC, FLAC albo WAV 24/48, oraz dodatkowej. Ta dodatkowa to druga część sygnału oraz instrukcje dla dekodera mówiące jak należy go rozpakować. Po zdekodowaniu w urządzeniu z certyfikatem MQA dostajemy sygnał o wyższej częstotliwości próbkowania, w postaci, z jakiej został zakodowany przez inżynierów, nawet do 32 bitów i 384 kHz.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM

Nie ma jednak nic za darmo – MQA jest systemem stratnym. Sygnał o częstotliwości próbkowania 2x, 4x i 8x częstotliwości podstawowej jest kodowany i „zapakowany” w 24-bitowym „kontenerze” poniżej progu szumu. Dodatkowa część pliku jest kodowana stratnie – w opisie procesu firma przywołuje origami jako jego wzór.

Niezależnie od tego MQA pełni jeszcze inną rolę – dzięki odpowiednim filtrom cyfrowym, podobnym nieco do filtrów apodyzacyjnych, Meridian obiecuje poprawę jakości sygnału poprzez eliminację błędów powstałych podczas nagrania i konwersji A/D. I to jest coś, co do tej technologii przyciągnęło wielu dźwiękowców, recenzentów i wydawców – w tym Fabio Camoraniego (jak i piszącego te słowa).

O tym, jak dobrze te płyty brzmią mogli się przekonać uczestnicy 154. spotkania Krakowskiego Towarzystwa Sonicznego; więcej → TUTAJ. Krótką zapowiedź znajdą państwo na Instagramie → TF AUDIO CONSULTING.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM

Materiał na tę płytę został zakodowany w MQA, w rozdzielczości 24 bitów, z częstotliwością próbkowania 176,4 kHz; regularne odtwarzacze CD „widzą” ją jako zwykłą płytę CD. Wytłoczono ją w Japonii na krążku Ultimate HQCD. W tym samym roku dostajemy „perłę w koronie”, czyli wersję Crystal Disc. I tę wersję recenzujemy.

 Dźwięk

PROGRAM: 1. Blue Rondo à la Turk, 2. Strange Meadow Lark, 3. Take Five, 4. Three to Get Ready, 5. Kathy’s Waltz, 6. Everybody’s Jumpin’, 7. Pick Up Sticks

Dźwięk tej wersji płyty Brubecka spada na nas jak młot, nie przesadzam. Pierwsze chwile z perkusją Joe Morello w lewym i fortepianem w prawym kanale z ˻ 1 ˺ Blue Rondo à la Turk i nie możemy uwierzyć, że jest tam taka energia, takie wymiatanie. A przecież znamy tę płytę, znamy na pamięć, prawda? Jak się okazuje, nie do końca. Niby tak, a jednak nie.

Wersja Crystal Disc przynosi dźwięk z jednej strony niebywale czysty, a z drugiej ta czystość się nie krystalizuje, nie osiada na przekazie. Jest tym, czym być powinna, to jest definicją dźwięku, tutaj napędzaną przez głębokie barwy. Barwy, jak mówię, głębokie, a przy tym, w tej wersji, zróżnicowane.

Generalnie rzecz biorąc, to jest dźwięk bardzo selektywny. Kontrabas Eugene’a Wrighta na osi odsłuchu i wchodzący co jakiś czas saksofon altowy lidera mają trójwymiarowe body, a w tym body zaszytą energię. Jest z jednej strony selektywnie, a z drugiej ciemno.

Pięknie to wyszło w ˻ 2 ˺ Strange Meadow Lark, utworze rozpoczynającym się długim intro fortepianu. Instrument pokazany jest z pewnej perspektywy, nie jest „namacalny”. Jest z nim inaczej – klarowność i przejrzystość tego dźwięku – krystaliczna, niech będzie – są tak doskonałe, że nawet w cichych fragmentach, jak 0:34, dźwięk instrumentu niesie się daleko i łagodnie wygasa.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM

Szum, słychać go przecież, też ma w sobie coś wyjątkowego. Kiedy w 2:09 wchodzi perkusja, a zaraz potem dołącza reszta zespołu, gaśnie, ale nie dramatycznie, a płynnie. Miotełki, sposób na wydobycie z perkusji romantyzmu, są uderzane delikatnie, raczej muskane niż „trzepane”. Są też wyraźne i energetyczne. Małe ruchy, a tak ważne w tym, co słyszymy. Kontrabas gra tu ciszej, to ballada, ale ma on niskie zejście.

To zresztą kolejny aspekt tej wersji i tego nagrania. Bas nie jest napompowany, a raczej punktowy. A jednak mamy pewność, że to duży instrument, może nie tak głośny jak fortepian czy saksofon, znacznie bardziej donośne, ale jednak większy. A to dlatego, że płyty Crystal Disc – wszystkie, które mam – pokazują wydarzenia precyzyjnie, ale też w dużej skali. Nie ma się wrażenia ściśnięcia niczego czy oddalenia. Jeśli instrument jest dalej, to „widzimy go” dalej, ale jest on wciąż masywny i ma dużą skalę.

No i jest, wreszcie, ˻ 3 ˺ Take Five. Delikatne wejście perkusji, przygrywka fortepianu nie zapowiadającego, co się będzie działo w drugiej części podgłośniony w 0.17 kontrabas, wchodzący pięć sekund później saksofon, podgrzewają atmosferę, ale delikatnie. I dopiero w połowie drugiej minuty orientujemy się, że perkusista uderza coraz mocniej, że coś się dzieje, i w połowie trzeciej minuty wreszcie zaczyna się solo perkusji – w tej wersji niebywale dynamiczne i czytelne. Definicja uderzeń jest doskonała, nigdy wcześniej niczego takiego nie słyszałem.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM

Przejrzystość Crystal Disc, w połączeniu z nowym masteringiem, dała coś jakby nowy wgląd w to – przecież doskonale mi znane – nagranie. Jest w nim mnóstwo wysokich tonów – zwróćmy uwagę na wejście blach w 3:24 – a przecież nie ma się wrażenia jasności. To jest prawdziwy high-end.

Po eksplozywnym Take Five ˻ 4 ˺ Three to Get Ready odbieramy jak spokojną przechadzkę wczesnym rankiem po Manhattanie. Kawa, croissant, słońce, które wieczorem będzie padało znad zatoki, dając efekt zwany Manhattanhenge, spokój. I tak to też słychać. Wszystkie wersje, jakie znam wprowadzają w ten sposób do płyty luz i oddech. Ta jednak, to jest Crystal Disc, dodaje do tego coś, czego wcześniej nie słyszałem, to jest gęsią skórkę wywołaną porannym, lekkim chłodem, wiatrem. Naprawdę.

Równie przejrzyście, ale bardziej nonszalancko i pewnie brzmi ˻ 5 ˺ Kathy’s Waltz. To ponowny popis fortepianu, któremu perkusja w prawym kanale, a kontrabas na osi tylko podgrywają. To tutaj słychać doskonale, jak znakomitym pogłosem dysponowało studio przy 207 East 30th Street na Manhattanie. Kiedy perkusista uderza delikatnie w werbel lub mały kocioł, pogłos niesie się długo na osi odsłuchu. Wygasa swobodnie bez momentu „odcięcia”. To ważna część składowa tej płyty, w wersji Crystal Disc szczególnie dopieszczona.

Inne wersje ją gaszą, jakby były zamglone. Tak nie jest, one też są często znakomite. Ale bezpośrednie porównanie nie pozostawia miejsca na wątpliwości – to jest absolutna czystość, a nie „czystość”, jak gdzie indziej.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM
‖ Każdy z krążków jest indywidualnie numerowany; mój ma numer 27

Co wychodzi również w ˻ 6 ˺ Everybody’s Jumpin’. To kolejny spokojny kawałek, zanurzony w długim pogłosie. Mamy jednak wyraźny rysunek instrumentów i ich sporą masę. Nagranie to różni się od pozostałych bliższym planem. Perkusja jest tutaj rozłożona wyraźniej po kanałach, jakby mikrofony fortepianu wyraźniej wyłapywały dźwięk blach. Ale wciąż mamy wyraźny rysunek i masę.

Przejście do zamykającego album ˻ 7 ˺ Pick Up Sticks również podkreśla tę odmienność Everybody’s Jumpin’. Końcówka albumu to granie bardziej zdystansowane i z nieco mniej namacalnymi instrumentami. Plany wciąż są wyraźne, ale i one mają mniej wyraźny charakter. Nawet jednak w tak trudnym materiale, to jest bez wyraźnych skoków dynamicznych, niemal transowym, definicja dźwięku połączona z energią, jakie daje Crystal Disc, były ewidentne i fantastyczne.

Dźwięk jako całość nie jest ani jasny, ani ciemny, ani wyrazisty, ani zamglony. Jego doskonała definicja sprawia, że liczą się bardziej duże plany, chociaż selektywność jest wzorcowa, i raczej gęstość, a nie rysunek. Dopiero pod koniec utworu, w 3.54, kiedy perkusja zaczyna grać solo, niestety wyciszone, słychać mocniejsze uderzenie, power i „wypierd”. Nawet jeśli jest to ciche i oddalone. Crystal Disc potrafi bowiem wydobyć nawet najmniejszą informację, otrzepać ją z kurzu, wypolerować i przedstawić nam to znalezisko w ciepłej, przyjaznej manierze.

Porównania

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM
‖ Jedna z lepszych wersji SACD – SME Records

SACD SME Records (2000) • Wersja wytwórni Sony jest bardzo dobra, to moja ulubiona wersja cyfrowa tego tytułu. Podaje ona dźwięk nieco cieplejszy, bardziej nastawiony na środek pasma, ale niemal równie dynamiczny i eksplozywny, jak Crystal Disc Ale jednak – „mniej”. Mniej jest selektywności, gęstości, perspektywy, oddechu. Przy spiętrzeniach dźwięku, jak w połowie drugiej minuty Blue Rondo à la Turk, jest w wersji Sony nieco bardziej chaotycznie i mniej naturalnie. Nie jest źle, absolutnie nie. A jednak, w porównaniu z Crystal Disc, jest to gorzej zorganizowane i mniej przyjemne.

Jakby nie było ta wersja Sony przynosi wspaniałe barwy i otwarcie na górze pasma. Wszystkie inne wersje, jakie znam, są w jakiś sposób zgaszone, nawet jeśli góry jest w nagraniu dużo. Ale akurat SACD, o którym mowa, ma w sobie coś fajnego, coś angażującego. Jak mówię, to nie jest ten sam poziom „obecności” dźwięków, jak w wersji Audionautes, ale też bardzo dobry. Kiedy jednak przychodzi do czytelności i różnicowania, z wersją Fabio Camorani’ego nie ma szans. Cienia szans. Na SACD jest to bardziej „generyczne” – jeśli tak mogę powiedzieć o doskonałym dźwięku wersji SME Records – ale jednak mniej zlepione.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM
‖ Wersja K2HD CD Sony Music

K2HD CD Sony Music (2011) • Słuchając wersji SME Records na płycie SACD zwróciłem uwagę na nieco większą kompresję niż w wersji Audionautes Recordings, którą recenzujemy. Dało się do wyczuć w przybliżeniu dźwięku saksofonu i nieco krótszych pogłosach. Ogólnie jednak kompresja została na niej użyta z umiarem. Wersja K2HD CD jest skompresowana znacznie mocniej

Ciekawe, ale donośność blach perkusji, ich waga i masa są tu bliższe temu, co słyszałem z Crystal Disc niż z SACD SME Records. A jednak wystarczy dłużej posłuchać, żeby dość do wniosku, że ta wymuskana, numerowana wersja z kodowaniem K2HD, jest jakaś taka bałaganiarska. Niby wszystko w niej jest, a jednak instrumenty wydają się przenikliwe i atakujące, czasem wręcz napastujące. Średni poziom dźwięku wydaje się wyższy o jakieś półtora, może nawet dwa decybele, co ma związek z kompresją.

Kiedy kupiłem to wydanie wydawało mi się, że jest lepsze od wszystkiego, co miałem wcześniej. Dźwięk był wyraźniejszy, bardziej energetyczny i mocniejszy. Z czasem, z nabywanym doświadczeniem i coraz lepszym systemem odsłuchowym, coraz częściej łapałem się na tym, że nie mam ochoty tego słuchać, że to wersja SACD, o której powyżej, jest tą właściwą. Dzisiaj trzymam płytę K2HD CD tylko do porównań, nie słucham jej więcej.

Stephan Micus | foto: Rene Dalpra/ECM
‖ Ten sam materiał co na Crystal Disc, ale na krążku Ultimate HQCD

MQA UHQCD AudioNautes Recordings (2025) • Jeślibym nie miał wersji Crystal Disc, chciałbym mieć właśnie tę. Jest ona z jednej strony cieplejsza, co zbliża ją do wersji SACD, a z drugiej wciąż jest niesamowicie przejrzysta. Saksofon lidera jest nieco bliżej niż Crystal Disc, ale nie tak blisko jak na K2HD CD.

Tak naprawdę, to ta wersja, czyli UHQCD, wydaje się niebywale ciepła. A nie jest – jest za to przejrzysta. Zakładam, że chodzi o wysoką rozdzielczość, która powoduje, że dostajemy dużo informacji w odpowiednim czasie. Daje to właśnie taki efekt, jak tutaj, to znaczy fajny.

Płyty UHQCD, kiedy je usłyszałem pierwszy raz, wydały mi się zbyt otwarte i zbyt jasne. Musiało upłynąć trochę czasu, aż się zrekalibrowałem i dojrzałem do tego, co oferują. A jest to obecnie, poza SHM-SACD, najlepszy sposób na wydanie płyty cyfrowej. Crystal Disc jest poza konkurencją, ale jeśli chcemy pozostać przy sensownej cenie, ta wersja będzie tą właściwą. Jest tu znakomita energia, jest czystość i wypełnienie, ale też i ten cień ciepła, o którym mówię, a który zostanie wydobyty w systemach o wysokiej rozdzielczości i wyrównanych relacjach fazowych. Polecam!

 Podsumowanie

Kiedy pierwszy raz usłyszałem płytę Crystal Disc u siebie w systemie, nie bardzo wiedziałem, co mam o tym myśleć. Jej odmienność od wszystkich innych wersji – a były to: Gold CD-R, CD-R, Gold CD i CD – była ewidentna. A jednak nie wiedziałem do końca, na czym ona polega. I czy mi się to podoba. Czas jest jednak znakomitym mediatorem. Kiedy się przyzwyczaiłem do tej ilości informacji, bo o to chodziło, wszystko inne zaczęło mi się wydawać zgaszone, puste i jak w sepii. Kiedy znowu się z tego otrząsnąłem, ponownie doceniłem najlepsze wersje SACD i CD, to wrażenie zblakło. Ale nigdy już nie wróciłem do myślenia o cyfrowej płycie, jakie miałem wcześniej.

Wraz z Crystal Disc dostajemy bowiem dźwięk, który swobodnie, spokojnie i z pewnością siebie można podstawić obok taśmy „master”. Ta będzie jeszcze bardziej dociśnięta, jeszcze bardziej „surowa”, z mniej wypolerowanym atakiem i barwami. Ale różnica nie będzie duża. Bo Crystal Disc jest niebywałym nośnikiem, a Take Five Dave Brubeck Quartet jest wybitną wersją, o wiele lepszą od wszystkich pozostałych, jakie znam, włączając w to winyl, może poza dwoma, znanymi mi wersjami, z którymi jest równoważny w pewnych aspektach, a a innych i tak lepszy. I tylko wersja UHQCD daje coś zbliżonego, choć też odmiennego Jest to cieplejsze granie, ale wciąż dynamiczne i otwarte. Obydwie są wspaniałe i – w swoich klasach – referencyjne. ‖ WP

»«

‖ JAK SŁUCHALIŚMY • Odsłuch został przeprowadzony w systemie referencyjnym „High Fidelity”. Płyty odtwarzane były na odtwarzaczu SACD Ayon Audio CD-35 HF Edition oraz odtwarzaczu MQA-CD S.M.S.L PL-200.
Sygnał do przedwzmacniacza do przedwzmacniacza liniowego Ayon Audio Spheris Evo był przesyłany interkonektem RCA Siltech Triple Crown. W torze były również: wzmacniacz mocy Soulution 710 oraz kolumny Harbeth M40.1. Okablowanie – Crystal Cable Absolute Dream, Siltech Triple Crown, z zasilaniem Siltech, Acoustic Revive i Acrolink.

www.AUDIONAUTESRECORDINGS.com

tekst WOJCIECH PACUŁA
zdjęcia „High Fidelity”

«●»

Poprzednie

Następne